Zimowe rozrywki Zamoyskich

Pozioma, czarno-biała fotografia przedstawiająca trzech mężczyzn w średnim wieku, siedzących w saniach, zaprzężonych w dwa szare konie w jaśniejsze plamki. Na przodzie sań dwaj mężczyźni ubrani w kożuchy i zimowe czapki. Jeden z nich trzyma w ręku bat. Z tyłu mężczyzna ubrany podobnie,  spogląda w stronę fotografa. Na kolanach trzyma olbrzymiego psa rasy bernardyn. W tle budynek z jasną elewacją i czterokolumnowym portykiem przed wejściem. U góry widoczny fragment tarasu i okna pierwszego piętra.

Jan Zamoyski w saniach, z psem, l. 80. XIX w.

Pozioma, czarno-biała fotografia przedstawiająca trzech mężczyzn w średnim wieku, siedzących w saniach, zaprzężonych w dwa szare konie w jaśniejsze plamki. Na przodzie sań dwaj mężczyźni ubrani w kożuchy i zimowe czapki. Jeden z nich trzyma w ręku bat. Z tyłu mężczyzna ubrany podobnie, spogląda w stronę fotografa. Na kolanach trzyma olbrzymiego psa rasy bernardyn. W tle budynek z jasną elewacją i czterokolumnowym portykiem przed wejściem. U góry widoczny fragment tarasu i okna pierwszego piętra.

Zima i trudne warunki podróżowania nie przeszkadzały Zamoyskim odwiedzać daleko mieszkających krewnych i znajomych. Lubili też zimowe rozrywki – sannę, jazdę na łyżwach, polowania. Czasami były to prawdziwie awanturnicze wyprawy, jak pisała do teścia, Jana Zamoyskiego, Aniela z Potockich Zamoyska. W kozłowieckim archiwum zachował się list Jana Władysława Zamoyskiego, zwanego w rodzinie Janiem, do ojca, pisany 9 grudnia 1876 roku ze Stawiszcz, który zaczyna się jak prawdziwa sielanka: „Zima się na dobre zaczęła. Sanna prawie dobra. Łyżwowaliśmy już wiele razy na ogromnym stawie w głębokim jarze pod samym pałacem na około, którego jary ze stawami rozciągają się, a dla tego miejsce nazywa się Stawiszcze.”

Janio list porzucił i wyjechał, dokończyła go Aniela. Z jej relacji dowiadujemy się, że podróż zimą w tamtych czasach wymagała nie lada wytrzymałości.

„Pan Adzio [Władysław Branicki] (...) porwał nas z sobą na Ukrainę, obiecując towarzyszyć nam razem z Panią Julią [z Potockich Branicką] do mojej siostry do Peczar. Wybraliśmy się do Łukowa podczas najokropniejszego czasu, deszcz padał i marzł. Ślizgawica szalona, konie padały jak muchy i ledwośmy się na czas na dworzec dowlekli. W Brześciu nowa niespodzianka – pociąg kurjerski zajęty przez główny sztab, podróżnych przyjmują tylko na towarowy pociąg 2 i 3 klassy. Czekamy na dworcu do 3 z rana – idziemy do wagonów – taki tłok, że musielibyśmy chyba całą drogę stojąco przepędzić. ponieważ 18 godzin to nie bagatela, więc wysiedliśmy z wagonu i cały dzień przepędziliśmy w Brześciu, w brudnym żydowskim hotelu. We wtorek wieczór wyjechaliśmy kurjerskim pociągiem i szczęśliwie dojechaliśmy do Fastowa. Tu nowa trudność – pociągi do Białocerkwi jeszcze regularnie nie kursują – a koni nie było, musieliśmy wynająć, co dużo czasu zabrało. Wyjeżdżamy nareszcie o 9 wieczór, zaczyna się zawieja. Błądzimy po stepie, nareszcie wracamy na drogę. Na zakręcie wpadamy w zaspę i przez pół godziny przynajmniej nie możemy z miejsca ruszyć. Koniom tylko głowy i ogony widać. Rozpacz nas bierze. O 3 z rana dopiero zajeżdżamy do Białocerkwi.”

Przywołajmy jeszcze odległości, które pokonali nasi podróżni. Dziś, drogą, odległość z Łukowa do Brześcia wynosi 106 km. Najdłuższy odcinek, który odbyli pociągiem w ciągu 18 godzin, Brześć – Fastów, to 585 km, także drogą. Z Fastowa do majątku Branickich w Białej Cerkwi jedzie się 40 kilometrów, co dziś zabrałoby trzy kwadranse. A zatem nie narzekajmy na warunki drogowe. Nie takie podróże odbywali nasi przodkowie.

Alert Systemowy